Dlaczego myślę, że Bóg jest socjopatą lub psychopatą?

Historię należałoby rozpocząć od prezentacji mojej żony. Urodziła się w latach osiemdziesiątych jako niechciane dziecko dwojga, według mnie, mocno przypadkowo skrzyżowanych życiorysów. Ojciec nie chciał mieć nic wspólnego z jej matką, a co za tym idzie również z nią. Wybrał alimenty i model wychowawczy - "na chuj mnie ten kaktus" (poleciałem klasykiem).

Tak moją miłość zaczęła wychować samotnie matka - moim skromnym zdaniem o osobowości małego dyktatora, a paradoksalnie - tchórz. Już wyjaśniam - chce rządzić, ale nie ma na tyle ikry.

Po pewnym czasie teściowa moja poznaje męża, świetny gość, z kręgosłupem, ale dziś spolegliwy, że przykro patrzeć. Moja żona ma wtedy 3 lata. Ponieważ teściowa jest osobą praktyczną, nie rezygnuje z alimentów, a teść nie adoptuje pasierbicy - choć bez wątpienia chciał.

Moja żona jest nieco pierdołowata, ale słodka i kochana przy tym, ale pomimo tego, że ma jakieś pasje, jakiś pomysł na siebie - ugina się pod namowami matki i idzie na studia.  Te kończy, jak Kwaśniewski, nie broniąc magistra. Dziś wróciła po latach do zdobywania zawodu w czym mam nadzieję, moja zasługa.

Moja żona cierpi na małopłytkowość, zespół jelita drażliwego i jak się okaże później, to nie koniec.

Na studiach poznaje swojego pierwszego męża, który jak mówi, nie podobał jej się, ale nie chciała być sama, a nie uważała się za ładną dziewczynę. Żona moja uwielbia wysokich mężczyzn, obecnie jednego, a związała się ze z metra ciętym. Wzięła ślub i zaczęła dorosłe życie. Szybko się okazało, nie było usłane różami. Ponieważ mąż okazał się nierobem i lekkoduchem, wiecznie brakowało pieniędzy, a dodatkowo chłop lubił sobie pograć na komputerze, nie potępiam zazwyczaj, ale on grał zamiast żyć. I tak zaczęło się płacenie za wszystko, zarzynanie się pracą, żeby było na czynsz itd. 

Czyli w sumie bilans kluczowych momentów jak dotąd kształtuje się tak:

Narodziny - Ojciec mnie nie chce,
Dorastanie - Małopłytkowość i zespół jelita drażliwego,
Studia - Strata czasu,
Małżeństwo - Utrzymywanie męża.

Dalej jest jeszcze lepiej. Ciąża. Fajnie, rodzina itd. Tylko, że mąż chce to utrzymać w tajemnicy, później okazuje się, że to nie jedyna ciąża jakiej był sprawcą. Rozwód. Samotność. Powrót do domu rodzinnego, gdzie matka chce układać Ci życie, ciągle słyszysz jakim jesteś nieudacznikiem a ojciec żąda od Ciebie dorzucania się do opłat. Słowem: sielanka.

Później próba dowartościowania się, przypadkowe związki, przygodny seks. 

Potem poznaje mnie. Nie twierdzę, że jestem idealny, ale i były mąż, nie ustawił poprzeczki zbyt wysoko. Żona zakochuje się. Wysoki, wysportowany, wygadany, wykształcony i pracujący - to w tym momencie dla niej więcej niż szukała w życiu. I chce ją, i chce jej dziecka. 

Tutaj dodam, że żona uratowała mnie przed sobą samym i dzięki niej skończyłem 12 letni toksyczny związek. Mojej ex nikt nie lubi, a w (nie wiem czy moja żona chce bym zdradził jej tożsamość,więc zmienię jej imię) Klarze zakochuje się cała moja rodzina. Wszystko się układa, na świat przychodzi nasz syn (nazwę go również inaczej) Maksymilian. Poród - koszmar. Nic to, doba spędzona na oczekiwaniu na syna zrekompensowana jak tylko wziąłem go na ręce. Słodziak. I takim słodziakiem jest do dziś. 

Po czasie zaczynają się problemy - atopowe zapalenie skóry. Poradziliśmy sobie, choć przeprawa była długa. Syn nie może ssać piersi, a dostał 10 w skali apgar, okazuje się, przypadkiem przez rozmowę z moją koleżanką logopedą, że ma przyrośnięty język do żuchwy w sensie krótkiego węzidełka. Podcinanie kilka razy, a na końcu laser. Daliśmy radę. A, nie wspomniałem jeszcze, że bardzo słabo mówi Maks, okazuje się, że ma zaburzenia autystyczne. Walczymy, ale nie jest lekko.  Kocham Klarę i Maksa, bierzemy ślub, później w sekrecie przed teściową, która nie przeżyłaby braku alimentów, adoptuję Maksa. Wygląda, że wychodzimy na prostą. Maks chodzi do przedszkola integracyjnego, zaczyna coś gadać, ruchowo rozwija się super, jest ślicznym dzieckiem z uśmiechem gwiazdy filmowej i loczkami jak u cherubinka. No to już czas, żeby coś się spieprzyło. Urlop we Włoszech, upały, moja Klara ma przeczulicę dotykową. Pas brzuszny. Lekarze, neurolog, rezonans i drugi i bum - stwardnienie rozsiane. Kur** ile może jeszcze spotkać tą dziewczynę? Gdzie to miłosierdzie i sprawiedliwość jak życie na nią co chwile stawia klocka? To jej historia właśnie dowodzi, że jedynym usprawiedliwieniem dla tego co się z nią dzieje jest socjopatia lub psychopatia Boga, bo co ona mu zrobiła?

Na podsumowanie, powiem to co powiedziałem Klarze jak spytała ze łzami w oczach co będzie jak będzie sparaliżowana przez SM?

Tu wprowadzenie - żart, bez którego puenta nie będzie zrozumiała:

Poszedł gość na disco. Wpada, rozgląda się - przy stoliku siedzi całkiem fajna dziewczyna. Pyta, czy się może przysiąść.
- Oczywiście, ale jest taka sprawa... jestem inwalidką, na wózku. Rozumiesz... 
Chłopak patrzy - rzeczywiście. Ale nic,...mówi, że mu to nie przeszkadza.
Tak siedzą, rozmawiają, popijają drinki w pewnym momencie gość mówi:
- Słuchaj, może zatańczymy?
- Jak to, przecież ja na wózku, nie mogę...
- Nie szkodzi, jakoś to będzie
I faktycznie, wyjechał z tym wózkiem na środek tańczą, kółka się z piskiem kręcą na parkiecie. Po tańcu zmęczeni wyszli na świeże powietrze. Tam romantycznie, księżyc, gwiazdy, gadka-szmatka, chłopak zaczyna się ostro do niej dobierać. Dziewczyna się nieco opiera:
- Ja nie mogę, zobacz sam, paraliż, wózek...
- Spoko spoko. Przewieszę cię przez płot, poradzimy sobie. 
I tak właśnie zrobił. Przewiesił ją przez płot, zerżnął, ubrał, posadził z powrotem na wózek i wjechali do środka. Tam dziewczyna w płacz. Gość zaniepokojony pyta:
- Co jest? Co ci się dzieje?
- Bo... to... pierwszy raz... - mówi przez łzy dziewczyna.
- Co ty mówisz, przecież czułem, ze nie pierwszy raz!
- Pierwszy raz ktoś mnie potem zdjął z płotu...

Powiedziałem wtedy Klarze, że zawsze ją z płotu zdejmę. 

Kończę na dziś, bo praca czeka.

Komentarze